Satyricon – “Satyricon”

Satyricon - SatyriconJuż miesiąc temu, oglądając zajawki z występów live Satyricon, podejrzewałem, że na nowej płycie dobrze po prostu być nie może. Znów czułem się jak pieprzony jesiotr prący pod prąd rzeki, no bo co? Pod sceną las łap machających w rytm intra „Voice Of The Shadows” – samce szczerzą kły w egzaltacji, samice mają zapasowe majtki w pogotowiu, a ja nerwowo drapię się po dupie zastanawiając się: skąd ja to znam, bo przecież skądś znam? Moment olśnienia – tak kurwa, to był któryś tam odcinek „Ulicy Sezamkowej”, sponsorowany przez samogłoskę „A” i spółgłoskę „B”, a Wielki Ptak gdzieś obok hasioka, w którym żerował Oscar zapuszczał z kaseciaka „When The Saints Go Marching In”. Mógłbym więc pójść na łatwiznę i jak wszem i wobec oświadczałem, po prostu przykurwić Satyricon za samo wprowadzenie do tej płyty, dalej pisząc że jest do chuja podobna, a jej pierwszy egzemplarz na „ibeju” zakupili wielbiciele gospel i Jasna Góra. Chciałbym… ale się niestety nie da, bo Wongraven to jednak bardzo sprytny koleś. Muzyka którą stworzył na „Satyricon”, nie pozwala załatwić sprawy w tak bezpośredni sposób, bez robienia z siebie idioty, i to tylko i wyłącznie z przyczyn formalnych. Dlaczego?

Sprawa jest prosta. Satyr nikogo nie oszukuje, zrobił dokładnie to o czym pierdział od jakiegoś czasu w wywiadach. Nazwał płytę „Satyricon”, chciał oddać ducha zespołu itp. dyrdymały i po prawdzie zrobił to. Materiał kompozycyjnie jest po prostu przekrojowy. Bez problemu, po kilku przesłuchaniach odkrywam, że takie melodyjki jak ta przewodnia w „Tro Og Kraft” lub środkowa z pierwszego singla „Our World It Rembles Tonight”, to już mieli (co prawda w większym natężeniu, ale zawsze) na „Dark Medieval….”, czy „Shadowthrone”. Dalej „Walker Upon The Wind” zapierdala sobie w klimatach i tempach lekko zwolnionego „Filthgrindera” z „Rebel Extravaganza”, a rozwrzeszczana gawiedź fanów black’n rolla (chuj wie co to jest) przyjmie z kolei z radochą kopie obojętnie którego hitu z „Volcano/Now Diabolical/The Age Of Nero” (niepotrzebne skreślić) w postaci „Nocturnal Flare”, czy „Nekrohaven”. Jakby komuś z lasu było mało, bo Satyricon przecież byli komercyjni zanim w ogóle się zaczęli, to z radochą złoży swoją umęczoną hejtem, zakutą w szyszak, główkę na borowym mchu rozścielanym przez „Natt” – podprowadzonym zdaje się z jakiejś zagubionej w kniejach demówki Storm (młodszym przypominam – taki se tam jeden z miliona projektów Satyra sprzed wielu lat). Tak więc jak ktoś gościa gdzieś spotka i zarzuci mu, że „Satyricon” to gej metal, sama komercja itd. to zrobi z siebie matoła, a wielu tak już poczyniło na podziemnych stronach branżowych. Mainstreamowa prasa też daje dupy, bo wypisuje, za Satyrem, że ta płyta to jakaś wizja przyszłości black metalu, co też jest gównem a nie prawdą – paradoksalnie z tych samych przyczyn. Dla mnie czymś nowym jest tutaj jedynie kawałek „Phoenix” – czyli prawie gotycko/rockowe oczko puszczone w stronę publiki, które „nomalnie” buja, jak pomalowane na czarno cycki Rocki Roads. Dla mnie, jako fana „Rebel Extravaganza” i wcześniejszych, problem tkwi zupełnie gdzie indziej. Mimo zajebistej, analogowo wręcz potężnej produkcji, jaką słychać na całej „Satyricon” – po prostu brakuje tutaj furii (nie chodzi mi tutaj o zatrudnianie black gastarbeiterów z Polski), wściekłości, pazura. Z każdym kolejnym przesłuchaniem tego CD wciąż dojrzewałem – od ziewania, przez grzebanie w dupie, aż po zakumanie, czego tak naprawdę słucham i gdzie to się najlepiej sprawdza. I to ostatnie jest w tym wszystkim najgorsze. Wyszedłem wcześniej z pracy, poszedłem na łączkę z odtwarzaczem, walnąłem się na kocyk. Ostatnie letnie słoneczko przygrzewało, koniki polne odbijały mi się od głowy, chmurki gdzieś tam sobie latały, pieski obsikiwały drzewka, „Satyricon” sobie leciał, z kolei ślina poleciała mi z ryja i obudziłem się kiedy już słoneczka nie było. W takiej scenerii najlepiej wchodziło mi to granie.

Niby jest tutaj wszystko z czego znani byli Ci muzycy, niby jest znak firmowy black metalu, czyli melancholia, ale jakoś tak dziwnie podgrzana do letniości. Ani mnie to ziębi, ani grzeje – raczej usypia, jak grabienie jesiennych liści. Satyricon na tym krążku, to wciąż norweski wilk, ale jakiś dziwnie wypchany, raczej niegroźny eksponat z muzeum fauny i flory, niż żywy drapieżnik. Niech więc lepiej na zdjęciach z wkładki już takich mrocznie natchnionych nie udają, bo słuchając tej muzy ja widzę zwierzęcą skórę z powybijanymi zębami, poobcinanymi szponami, leżącą gdzieś pod kominkiem w skandynawskiej chacie, na której można równie dobrze kontemplować jesienne klimaty, co posuwać koleżanki z pracy. Płyty słucha się bardzo przyjemnie, ale niech nikt mi nie wmawia, że po wydawnictwa Satyricon winno się sięgać z tego powodu. Całkowity brak metalowej grywalności. Posłucham w wannie, puszczę małżonce, będę zajebistą matką, żoną i kochanką. Dlatego tak nisko.

Ocena: 5 / 10
Wydawca: Indie Recordings / Roadrunner Records
Tracklista:
01. Voice of Shadows
02. Tro og kraft
03. Our World, It Rumbles Tonight
04. Nocturnal Flare
05. Phoenix
06. Walker upon the Wind
07. Nekrohaven
08. Ageless Northern Spirit
09. The Infinity of Time and Space
10. Natt

PODZIEL SIĘ