Prophecy OF Doom – “Total Mind War”

ProphecyOfDoom_mindwar Na tę kapelę mą uwagę zwrócił wywiad przeprowadzony z nimi na łamach R’lyeh Zine #10. Wydźwięk wywiadu był jednak bezlitosny: brytyjska kapela święciła podziemne triumfy na początku lat dziewięćdziesiątych, gdzie wypluła między innymi dwa kopiące zadki full albumy (i nie wiedzieć czemu nie wybiła się na poziom Carcass, Napalm Death, czy Bolt Thrower); a potem długo, długo nic. Aż w końcu w roku pańskim 2012 muzycy postanowili sprawdzić, czy maniacy spleśniałego soundu kojarzą dalej ich zatęchłe Proroctwo Zagłady. Total Mind War nie posiada świeżych strzałów, to składak przybliżający dawną moc zespołu. I bardzo dobrze, bo poznając ten zespół, najlepiej zetknąć się z tymi surowymi kompozycjami (niewiele wskazuje, by pojawiły się inne), bo w dzisiejszych produkcjach takiego rebelianckiego ducha nie tylko ze świecą, ale i z wojskowym reflektorem szukać. Jeśli zestawić to z faktem, że przed nimi osłuchiwałem się z awangardą ostatniego sidika Gorguts, to doznałem jakiegoś „dysonansu słuchawczego”. Fantastyczne uczucie, kiedy słuchając płyty, mam ustawicznie poczucie obcowania z dźwiękiem przegrywanej kasety magnetofonowej, aż do końca nie wiadomo co jest trzaskiem niedomagającego magnetofonu, co świadomym zagraniem instrumentalnym. Brytole archeologicznie niemal łączą crust z death metalem, posypując miksturę tu i ówdzie grindem, traktowanym podobnie jak na wczesnych albumach Carcass. Utwory pochodzące z drugiej części osławionej The Peel Sessions – niepublikowanej dotąd sesji radiowej z 1991 roku oraz demo “Ego Death Grind” (1996) są na miarę chociażby ich długograja Matrix (Tak , to oni byli pierwsi z Matrixem, Wachowscy winni im zapłacić tantiem za nazwę, ot co) porażają swą bezpośredniością, czysta sącząca się nienawiść wyartykułowana metalowymi środkami wyrazu. Ten pomruk crustu dodaje bez mała każdemu z siedmiu ciosów tej kompilacji agresywności, jakiej dzisiaj się nie słyszy; całe zastępy grup grających death metal i poprzedzających swoją muzę słówkiem „brutal” powinny przesłuchać tę płytę. Jak takie deathowe Blasphemy robiące sobie przerwy na doomowego szluga i nie odmawiające crustowego bruderschafta z Amebix. Doprawdy serce roście, że wychodzą jeszcze albumy o tak nieprzyzwoicie chropowatym brzmieniu. Najszczersze negatywne emocje muzyczne. Na nowy stuff się nie zapowiada, więc wypada tylko polecić projekt o wdzięcznej nazwie Alehammer, gdzie główne role odgrywają współtwórcy grupy i jej wieloletnie filary, czyli Shrub i Shrew i jak niektórzy określają ich dokonania, to taki Venom podlany wkurwionym crustem. I coś w tym jest. A wracając do Total Mind War (cóż za idealnie oddający klimat krążka tytuł) to składakowi bez jakiegoś pierwiastka odkrywczości w doborze cząstek składowych dychy nie dam i z tego powodu niższa nota, ale dla wielbicieli garażowego rzężenia to wręcz mus, bo to taki rozsierdzony krążek o konsystencji taśmy i na takim poziomie robienia hałasu, że to zaiste perła przed wieprza rzucona.

Ocena: 8/10
Wydawca: Selfmadegod Records.
Tracklista:
1.Raze Against Time
2.Onward Ever Backward
3.Acknowledge the Confusion Master
4.The Voice of Tibet (Our Shame and Hypocrisy)
5.Biolitics
6.Protogenesis
7.Axis (Development) Access

avatar
Jestem Klotz i metal przedkładam nawet nad siedzenie na klopie. Jestem ze Śląska i ślinię się do death metalu jak do rolady z zołzom. Lubię gdy brzmienie jest jak wnętrze kopalni: pełne sadzy. Gitary niechaj rzężą i trą boleśnie małżowiny jak papier ścierny dupsko po sraniu po obfitym biesiadowaniu, kiedy velvet jest za krótki i za miękki jak czildren of bołdom. Wyznaję Kult Wielkiego Knura i wieprzyć to wszystko \m/
PODZIEL SIĘ