Portal – “Vexovoid”

portal  Zupełnie niedawno australijskie Melbourne zostało po raz trzeci z rzędu wybrane najlepszym, najprzyjemniejszym miastem do życia na świecie. Uwzględniono szereg kategorii, by wyniki były miarodajne. Opisywany zespół co prawda nie jest z tego miasta, ale z niedalekich Brisbane, Queensland równie przyjemnych, idealnych pod wieloma względami miast. A nagrali płytę jakby co najmniej po półrocznym pobycie w zapadłej drewnianej chacie na syberyjskiej równinie, której pozorowany dach ugina się pod każdym siarczystym podmuchem wiatru, żerdzi trzeszczą od naporu gromadzącego się na nim śniegu, a za oknem znój, pustka, ryki niedźwiedzia, lodowa sromota i polarna noc.

Czwarty longplay Portal jest utrzymany w duchu poprzednich wydawnictw. Ale poraża mnie jeszcze bardziej niż poprzednie dzieła, też przecież wybornie gruzujące psychikę. Ten płynący z antypodów death metal jest duszny, klaustrofobiczny, niemiłosiernie przytłacza ciężkimi riffami, które grzmocą chaotycznie i w pierwszym kontakcie z uchem wręcz kakofonicznie. Kompozycje są totalnie rozjechane, brudne; o utworach typu zwrotka-refren nie ma co nawet marzyć, to efekt ich eksperymentalnego podejścia do metalu śmierci. Patrząc chociażby na klimat twórczości nowozelandzkiego Ulcerate, można by powiedzieć,że to taka specyfika oceanicznej sceny death metalowej hehe

Otwierający Vexovoid Kilter jest szybkim strzałem w pysk. Perkusja jedzie ostro przed siebie, tu przyblastuje, tam wybije marszowy rytm, gdzie indziej znowu coś, spierdala przed zaszufladkowaniem ilekroć tylko pojawi się taki zamysł, a w tle odprawiają istne rytuały przesterowane, niskostrojone gitary. W następnych odsłonach płyty już jest żonglerka tempami, walcowe zwolnienia, blackowe przyspieszenia, gitary szumią i zgrzytają, wokalista zapamiętale się drze, deklamuje złowieszczo, pokazując, że nie tylko  z wyglądu scenicznego jest strasznym skurwysynem (uwielbiam ten jego zegar/telewizor na bani!). Z czasem opada wszystko i płynie tylko ambientowy szum, wprowadzający niepokój, dłużący się, aż znów wskakuje nowy numer i atakuje wściekłą kanonadą riffów i rozwiązań z dupy, patrząc przez pryzmat klasycznego grania.

Świat po przekroczeniu tego Portalu staje się naprawdę skrzywiony. Ta ciężkostrawna muzyka (?) jest dla prawdziwych smakoszy, którzy umieją przysiąść i są otwarci na molestowanie smolistą ścianą dźwięków, której schizofreniczna natura zaskakuje, co rusz. Kanadyjskie Mitochondrion robiło mi podobne rzygi z mózgownicy, ale ci ekscentryczni Australijczycy dzierżą palmę pierwszeństwa w death metalowych psychodeliach z technicznym zacięciem. W tej Australii nie może być tak idyllicznie, jak to malują w tych rankingach – każdy chory wybrzmiewający właśnie dźwięk mówi mi: jak najdalej od kangurów, bo cię rozszarpią jak piranie.

Ocena: 9/10
Wydawca:Profound Lore
Tracklist:
1 Kilter
2 The Back Wards
3 Curtain
4 Plasm
5 Awryeon
6 Orbmorphia
7 Oblotten

avatar
Jestem Klotz i metal przedkładam nawet nad siedzenie na klopie. Jestem ze Śląska i ślinię się do death metalu jak do rolady z zołzom. Lubię gdy brzmienie jest jak wnętrze kopalni: pełne sadzy. Gitary niechaj rzężą i trą boleśnie małżowiny jak papier ścierny dupsko po sraniu po obfitym biesiadowaniu, kiedy velvet jest za krótki i za miękki jak czildren of bołdom. Wyznaję Kult Wielkiego Knura i wieprzyć to wszystko \m/
PODZIEL SIĘ