Outre “Tranquility”

Outre - TranquilitySzlag by to wszystko. Tegoroczna pogoda w połączeniu z prozdrowotnym krakowskim klimatem może człowieka wpędzić w stany depresyjno-maniakalne. Bo jak znieść to że ciągle z nieba sypie ten biały syf, przy temperaturze oscylującej w okolicach zera i wilgotności porównywalenej z lasem równikowym. I miej tu ochotę wyściubić nos za okno, a właściwie gdziekolwiek. Tak, ja sobie tu piszę o urokach cudownej małopolskiej zimy, a co w zasadzie ma piernik do wiatraka. Ano to że gdyby nie pojawiające się ostatnio co rusz ciekawe materiały młodych załóg to najchętniej jedynym moim kontaktem ze światem byłby sterczący ze zwiniętej pięści palec serdeczny, z na tyle wystającą spod kołdry ręką na ile byłoby to potrzebne by pokazać co myślę o panującej aurze. Jednym z takich obiecujących zespołów jest Outre. Pominę w tym miejscu prezentację bandu, kto chce się dowiedzieć czegoś więcej niech sięgnie po wywiad.. Skupmy się na zawartości „Tranquility”. Na album składają się 4 utwory średniej długości, a każdy z nich to osobna historia. Kompozycje mają złożony charakter i wiele się w nich dzieje. Struktury poszczególnych kawałków bywają na tyle nieprzewidywalne że gdy chwilowo skupiałem swoją uwagę na czymś innym niż muzyka sącząca się z głośników, nie raz zdarzyło mi się siebie łapać na tym że zastanawiałem się gdzie właściwie te kawałki zabrnęły… Przecież przed chwilą słuchałem intensywnej młocki spod czarnej bandery a teraz jakieś progresywne przejścia. Mięsisty death metalowy riff ? Spoko. Kolejna wolta i znowu pełznący progresywny motyw. A teraz saksofon ! … wait … what ? No właśnie co tu się wyprawia, momentami czuje się jak staruszka w rozklekotanym Jelczu poniewierana na zakrętach przez szalonego kierowcę MPKu. Jak to jelcze nie jeżdżą już w Krakowie ?… tyś widział. Odrywając chociaż na chwilę uwagę od poszczególnych utworów miałem wrażenie że nie nadążam za tym co się w nich dzieje. Momentami to istny rollercoaster czy inna piekielna jazda jak kto woli. Ważne że w tym nieraz pulsującym szaleńczym rytmie utwory nie tracą spójności. Połączenia i zmiany tępa wydają się naturalne jak schabowy z modrą kapustą i kluskami na śląskim stole. To że black metal z deathem i thrashem do siebie pasują każdy kinder metal wie odkąd skończył oglądać dobranockę, ale mieszanie w tym tyglu progresywną łychą mogło okazać nie tyle ciężkie co niestrawne. A jednak Damian wywiązał się z zadana wzorowo w bardzo naturalny i niewymuszony sposób łącząc tryby w jedną machinę która nie wymaga naoliwienia. Jak to mówią „Wszystko gra i bucy panie majster !”, dzięki czemu całość łykam bez popity i czekam na więcej.

Ocena: 8.5/10
Wydawca: wydanie własne
Tracklista:
1. Of Drowning
2. Tachypnea
3. Sea of Mercury
4. Hear the Voice

PODZIEL SIĘ