Relacja z koncertu Azarath we wrocławskim klubie Łykend

Azarath - Wrocław  O tym wydarzeniu informowaliśmy, patronowaliśmy mu, puszczaliśmy fantazyjne wodze z uprzęży kozła jakie to bezeceństwa odprawi na scenie jeden z najbardziej bluźnierczych składów jaki wydała (pod)ziemia ojczysta.
Azarath -magia nazwy, płyta jedna lepsza od drugiej, koncerty urywające jądra, nie tak dawno w tym samym Wroclove supportowali legendarnego Bulldozera. Szatan, blasty i Benedykt XVI za dwie skromne dyszki: nie było chuja, w ten wrześniowy weekend niż demograficzny musiał ominąć klub – nomen omen- Łykend. I tak też się stało, do pękania w szwach może nie doszło, ale metry kwadratowe w klubie bez człowieczej duszyczki można by policzyć na palcach jednej ręki. Modnych zespołów na tym koncercie nie było (bo Azarath to jednak nie Furia) więc publika była raczej nieprzypadkowa, nieletnich się nie uświadczyło, rządzili pod sceną trzydziestoletnie metaluchy, z mięśniami piwnymi godnymi okładek Tankard i głowami na których grzebień zgniłby na bezrobociu.
Już na wstępie wieść może nie hiobowa, ale dość smutnawa, bo oto otwieracz gigu – strzegomski Disorder był zmuszony do absencji, ale powód był dość konkretny: nie ślub kościelny siostry zaprzyjaźnionego barmana , tylko perkusista z bliżej nie wiadomych przyczyn wylądował w szpitalu, a z automatu pocisnąć blasty przed Azarath się nie godzi, więc przed headlinerem zagrała tylko Dysphoria.

Tylko, bądź aż, bo tyscy technicy naprawdę przykuwali ucho. I oko za sprawą dość nietypowego koncept-ubioru: trójka muzyków (basista i wokalista w jednym mieścili się ciele) odziani w oczojebne czerwone bezrękawniki bez szatańskich ornamentów, czym dalece odbiegali od azaraciej stylistyki . Muzycznie również było mniej piwnicznie, ale równie sonicznie. Dysphoria zagrała naprawdę miażdżącą, techniczną sztukę. Jako żywo przypomniał się młody Decapitated z czasów „Winds of Creation”. Wokalista gruzował otoczenie niskim growlem na miarę nieodżałowanego Saurona ze zdekapitowanych. Utwory pochodzące głównie z ich epki „The Weak Must Kneel” zlewały się w jedną maszynerię mordu, świetnie zsynchronizowane instrumenty, mechaniczne riffy, bass zapylał jak ostatnia koza w Etiopii. Tak powinien wyglądać koncert technicznego death metalu. Brutalność nie ustawała ani na minutę. Świetnym dopełnieniem pokazu siły Hanysów był cover idealnego wprost dla nich zespołu: Suffocation „Catatonia”. Ludziska szalały, piwa się lały. Żeby nie było tak pompatycznie, pożogowo i brutalnie to wspomnę o akcencie rockowo-urodzinowym. Mianowicie organizator koncertu znany jako Tadzik (ex Warzone, ex Porky Vagina) obchodził akurat urodziny i z tej okazji odegrała Dysphoria wałek… AC DC „TNT”. Hehe No było to fajne urozmaicenie tym bardziej, że utwór śpiewany growlem, stopniowo przyspieszał i nabierał deathmetalowych kształtów. Słysząc tę charakterystyczną melodię obijaną podwójną stopą pomyślałem, że nagranie płyty deathmetalowej z tymi prostymi kawałkami Australijczyków to mógłby być niezły pomysł: artystycznie i biznesowo.

Dysphoria pokazała na co ją stać, potencjał grania i występowania jest, materiał na dobry zespół techniczny w przyszłości. Po nich miał być już tylko Azarath. W czasie przerwy, racząc się szlugiem przed klubem zauważyłem ciekawą/durną sytuację. Pewien wielki, dwumetrowy, długowłosy pan metalowiec wyrwał kępę włosów jakiemuś maleńkiemu jezuskowi ubranemu na czarno, prawie dostało się jego dupencji, inny koleś próbujący uspokoić dostał bez ceregieli w łeb, a najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że rzucający we wszystkie strony pięściami i stopami dryblas krzyczał: „ nie jestem twoim kolegą, nie jestem twoim kolegą! Piłem z tobą wódkę, ale nie jestem twoim kolegą!” Jeszcze parę razy się wrócił i dał pozwolenie na wejście do klubu i krzyczał wciąż : „nie jestem twoim kolegą!” Wkoło jakieś bluzgi szły, ale one nie ruszały. I tu taka konstatacja: Czyżby „kolega” zachwiał hierarchią wyzwisk w światku metalowym? – ty cioto, pedale, chuju niemyty, końska spierdolino, matkojebco i wiele innych krasnych przywar będą teraz w cieniu „ty kolego!”, jako największej obrazy dla wojownika diabła?

Azarath rozpoczął szybko, chyba nawet się nawet nie stroili. A jak człowiek się spieszy, to diabłu się ryjek cieszy, więc o puszczaniu pedału gazu mowy być nie mogło. Rozpoczął pierwszy wałek z Blasphemers Mallediction „Supreme Reign of Tiamat” i rozpoczął się tygiel dźwięków czarnych jak dupa w jakiej znaleźli się nasi kopacze po remisach z Mołdawiami i Czarnogórami. Nagłośnienie klubu ledwo wytrzymywało tą kanonadę metalowych zagrywek, a może zadecydował po prostu brak strojenia. Tak czy owak w klubie zrobiło się gęsto zarówno od natężenia blastów, jak i maniaków pod sceną. Profeska pełną gębą, pasy z nabojami, ćwieki, czy odwrócona figurka jezuska na pasku gitary basisty. Zespół jednakowoż nieobecny, zero kontaktu z publiką, Bart bodajże ani razu nie wychylił głowy spod chmury włosów, Necrosodom wykrzykując kolejne frazy tekstów patrzył w dal, nad głowami tłumu. Może ta postawa spowodowała dziwne reakcje u tegoż, co chwila dobiegały krzyki w stylu: „dobrze panowie gracie na gitarze”(sic!), albo też człowiek stojący za mną zapamiętale i żywo deklamujące dwa, konkretne słowa: Jezus, chuj! – w różnych konfiguracjach. Pewien człowiek też darł ryja, żeby Stormblast szybciej obijał blachy… Trolling wydostaje się z internetów i panoszy się nawet na deathmetalowych koncertach hehe

Poleciały z nowej płyty jeszcze chociażby „Crushing Hammer of Antichrist” czy „Harvester of Flames” i na żywo bardzo uwidoczniła się melodyjność nowych utworów na tle starych pocisków. Największą pożogę jak dla mnie posiały jednak kultowe tracki z Diabolic Impious Evil: „Whip the Whore”, jak zwykle pootwierał na nowo wszelkie blizny „Devil Stigmata”, o orgiastyczne podkurwienie przyprawił „Baptized in Sperm of the Antichrist”. Przy tym antychrystowym spektaklu dało się zauważyć bierność publiczności, wszelkie próby zawiązania moshu zostały pacyfikowane przez starych, wyrośniętych fanów – taka samozwańcza ochrona dyskotekowa trochę, cóż takie nowe standardy: rozpierdol na scenie owszem, ale pod sceną tylko stanie z założonymi ręcami i kiwanie z uznaniem głową po kawałku i proszę nie dotykać!

Set Azaratha był bardzo równy, godzinna jazda po bandzie i trudno było znaleźć jakąś rozczarowaną gębę. Po zejściu ze sceny tczewskich diabłów dało się usłyszeć oczywiście prośby o bis, ale najgłośniej znów krzyczał jegomość, który chyba nie dotarł na koncert fortepianowy i przypałętał się na metalowy spęd: „panowie, naprawdę ładnie graliście na instrumentach, zagrajcie jeszcze jedną piosenkę, fajnie gracie panowie!” W odpowiednim momencie zagłuszyło go gromkie „napierdalać!” i szatany wypełzły na scenę po raz kolejny, a wałkiem wieńczącym dzieło zniszczenia był „Christscum” z infernalnego blastingu.

Azarath jest w formie i można się już szykować na metalową wigilię 21 grudnia w warszawskiej Progresji, gdzie w towarzystwie Marduka, Grave czy Valkyrji będą walczyć o tytuł jedynej, prawdziwej inkarnacji Lucyfera.

avatar
Jestem Klotz i metal przedkładam nawet nad siedzenie na klopie. Jestem ze Śląska i ślinię się do death metalu jak do rolady z zołzom. Lubię gdy brzmienie jest jak wnętrze kopalni: pełne sadzy. Gitary niechaj rzężą i trą boleśnie małżowiny jak papier ścierny dupsko po sraniu po obfitym biesiadowaniu, kiedy velvet jest za krótki i za miękki jak czildren of bołdom. Wyznaję Kult Wielkiego Knura i wieprzyć to wszystko \m/
PODZIEL SIĘ