Sepulchral Doom Over Europe Tour, 11.10.2013 Poznań, U Bazyla

Zagrali: Bestial Raids (Pol), Necros Christos (Ger) oraz Grave Miasma (Eng)

Krótko. Wiedziałem, że będzie to wydarzenie pretendujące do koncertu roku (obok Kinga Diamonda rzecz jasna hehe). Więc tym bardziej wiedziałem, że takiej okazji (chyba jedynej) nie można będzie przegapić. Dzięki bezrobociu i utrzymaniu – że tak ujmę – społecznemu, bilet zakupiłem dopiero we wrześniu, a już 11 października siedziałem w busie jadącym do Poznania.

Sepulchral Doom Over Europe Tour Necros ChristosPodróż z Piotrkowa do stolicy Wielkopolski minęła w iście diabelskim tempie. Flaszka, rozmowy dotyczące nie tylko muzyki, umiliły mi na tyle czas podróży, że ni się obejrzałem a już przed godziną 18 zameldowaliśmy się przed klubem. Tamże swoje „perłowe” rozważania kończyli już koledzy Jakub i Maciej z redakcji ChaosVault, zaś chwilę potem pojawiła się „sekcja” Toruńska he he… i zabawa, a raczej „różaniec”, mogły rozkręcić się na dobre. I tak też w rzeczywistości było, bo cóż pozostało robić gdy gruchnęła wieść o tym, że koncert wystartuje z opóźnieniem ?! Rzecz jasna „dyskutować” ! I owe “dysputy” na temat wyższości „czystej” nad „smakową” (obie upłynniały się zadziwiająco szybko ha ha), kopania w ziemi i leczenia doraźnego spirytusem w obiektywie lekarza zaczęły być w końcu tak żywiołowe, że Panowie obstawiający tego dnia gig poprosili zebrane przed klubem towarzystwo o wyjście po za teren podwórza, bo najzwyczajniej w świecie mieszkańcy budynku przylegającego do klubu, zaczęli się skarżyć na panujący hałas. Na wiele to się nie zdało. Towarzystwo ostro zgrzane już nawet na ulicy nie panowało nad sobą, więc ponowna interwencja klubowej „załogi” musiała być konieczna. I tak też w końcu ktoś najtrzeźwiejszy tego wieczoru „wziął wszystkich” za frak i spędził do klubu koło godziny 20. Widząc takie tłumy odzyskałem wiarę w to, że ten koncert nie będzie frekwencyjnie stracony (bo na początku ilość osób przed klubem nie powalała). Mimo spożytej nadmiernej ilości napojów towarzystwo zebrało się pod sceną i zaczęła się rzeź.

Jako pierwsi na scenie pojawili się Bestial Raids. Towarzystwo nader najebane szybko otrzeźwiało od strzałów z blastów. To co działo się na scenie i pod sceną nikogo chyba nie dziwiło. Mega kocioł, gleba, łokieć, gleba, potężna moc agresji na i pod sceną… To wszystko złożyło się na jedno: pierdolona wojna. Muzyka z siłą młota wylewała się na publikę seriami bez przerwy, zaś płynne przejścia z utworów na utwory sprawiły, że towarzystwo było „zrobione” już po 3 „walczyku” na trzeźwość. I co tutaj dużo mówić. Po raz pierwszy było mi dane zobaczyć tych panów na żywo i moje prostackie stwierdzenie: „rozjebali” zapewne nikogo tutaj nie zdziwi. Krew się polała, set się zakończył, trzeba było więc uzupełnić płyny. Na szczęście bar działał sprawnie i pomyślał o wszystkich przybywających klientach (i ich potrzebach), dzięki czemu czułem się jak w domu spożywając kolejne butelki Trybunału Miodwego he he… Mijały kolejne alkominuty.

Knajpa na zewnątrz i wewnątrz pękała w szwach. Butelki leciały a szkło wypełniało kolejne metry „bazylowego” terytorium (czytaj: podwórza) i pomieszczenia scenicznego (małego ale pojemnego). Co może świadczyć o tym, że towarzystwo mimo późnej pory i „zmęczenia” było nad wyrost zadowolone i wszelkie niedogodności znosiło „dzielnie”. I dzielnie też uzupełniało kolejne procenty (niektórzy niestety trudów tej imprezy – i chyba podróży – nie wytrzymali, bo grzecznie spali na / obok / pod barierkami he he). W końcu po godzinie 21 na placu boju pojawiły dwie chyba najważniejsze załogi tego wieczoru. Oficjalny „szpaler” dla obu ekip wprost do klubu i przed 23 na scenie zjawiło się jako pierwsze Necros Christos (choć planowo mieli grać jako ostatni). To na nich lud z całej Polszy jak długa i szeroka w większości ciągnął z najdalszych zakątków kraju i Niemcy doskonale o tym wiedzieli he he… Dlatego nie pozostało im nic innego, jak zagrać zajebisty set, ba ! Powiem więcej. Jeden z setów roku ! Charakterystyczne brzmienie gitar, wokal lidera i płynące po sobie dźwięki z moim osobistym rodzynkiem „Doom of Kali Ma…” na czele sprawiały, że Poznań i ja na czas trwania występu tej żywej legendy podziemia znalazł się po drugiej stronie globu w dalekich zakątkach zamieszkiwanych przez prastare ludy. Publika raz po raz skandowała nazwę zespołu a ten łoił swoje „opowieści” dalej nie pozwalając na chwile oddechu. Tutaj wszystko było perfekcyjne od image zespołu (choć skromnego) aż po perfekcję w graniu i dobrze utworów. Słowem: potężny set, potężne brzmienie (choć niektórzy sądzą, że zjebane ale o nim w dalszej części), potężny zespół ! Zostałem zniszczony, a przecież to nie był jeszcze koniec.

Grave Miasma - foto by Dodencult - death metalUzupełnić trzeba było więc płyny, orzeźwić łysy czerep na powietrzu i odszukać towarzystwo (na szczęście w większości „żywe” he he). Po dosyć ciekawej rozmowie z „mózgiem” Sytris (pozdro Heniu!), wymianie wspólnych uprzejmości, ale już przed lub nieco po 24 na scenie ustawiła się Grave Miasma. To na nich najbardziej czekałem, to na nich najbardziej liczyłem i ich występu byłem najbardziej ciekaw. Najnowsze dzieło „Odori Sepulcrorum” po prostu mnie zniszczyło a chęć „odsłuchania” tego unicestwienia na żywo miałem przez to tym większą. I kurwa nie zawiodłem się. Czułem się jakbym rozstawione kolumny po obu stronach sceny „założył” na uszy i słuchał tego koncertu na maksa w pokoju melomana ha ha. Totalnie klinicznie, przestrzennie, „głęboko brzmieniowo” a jednocześnie MIAŻDŻĄCO tego wieczoru Anglicy zagrali (chwała za to między innymi dźwiękowcom, którzy wysmarowali i wykręcili gały tego wieczoru !!!). I chwała i cześć im za to, że zaspokoił moje – i zapewne nie tylko – muzyczne pragnienia ha ha… I tak nie zabrakło więc w secie utworów z najnowszego krążka: „Death’s Meditative Trance” (perfekcja!) czy chociażby „Ovation To A Thousand Lost Reveries” (potęga!) ale i utworów z drugiej ep’ki „Gnosis Of The Summon” (miazga!) na czele. Wszystko płynęło jak Ganges długi i szeroki. Z minuty na minutę opary kadzidła roznosiły się po sali a Grave Miasma zaczęła chować się za płaszczem zapachowego dymu (machania kadzidłem bynajmniej nie było he he). Koncert zbliżał się ku końcowi i idealnym wręcz jak dla mnie zwieńczeniem tego setu było „Arisen through the Grave Miasma”, które brytole zagrali wręcz perfekcyjnie. Co dało mi tylko i wyłącznie nadzieję na to, patrząc na zaangażowanie i perfekcję zespołu, że jeszcze (a najlepiej w przyszłym roku he he) ów POTĘŻNY hord odwiedzi nasz katoland.

Mimo brutalnego koncertu i problematycznego nieco powrotu (nie ma to jak łoić alk na dworcu w oczekiwaniu na poranny bus) wypad na Poznań uznaję za zajebiście udany. Organizacyjnie a przede wszystkim – co najważniejsze ! – towarzysko (mimo sporej liczby alkoholowych zgonów hehe) i muzycznie impreza udała się na 666% i tylko żal pozostaje jeden, że taka sztuka w takim składzie zespołowym może się już prędko nie powtórzyć. Obym się mylił.

avatar
Mistrz klawiatury i kodu Hyper Text Markup Language w wersji 5... Chleje, nie pali... Black metalu słucha od komunii a dodatkowo sądzi, że zna się na muzyce... Publikuje i tu i na chaosvault.com
PODZIEL SIĘ