Brutal Assault XIX – 6 – 9 sierpnia 2014, Josefov

XIX Brutal Assault należał w tym roku do obowiązkowych punktów na mapie festiwalowej tego lata. Na ten owiany cygańską sławą festiwal podróż swoją zacząłem już dzień przed warm-up’em brutal festu. Wiecie jak to jest, organizm musi się przyzwyczaić do warunków festiwalowych he he… Wódka i piwo rodem z Tychów w tym aspekcie sprawdziły się wyśmienicie, dzięki czemu kac środowego poranka (i zajebista jejcznica – Agata dzięki !) idealnie znieczulił 5 godzinną podróż ze stolicy browarnictwa do Jaromera. Po przybyciu, powitaniach ekipy Gdańskiej i Krakowskiej i uzupełnieniu płynów przyszła pora na pierwszy dla mnie koncert tego festu.

Dzień zero – Warm-up – środa

Pierwszym killerem tego dnia i przystawką pod Venom był Terrorizer. Bez zbędnego gadania: zagrali to co zagrać mieli. Muzyczny terror oblewający publikę pod postacią takich walców jak “After World Obliteration”, “Storm of Stress” czy chociaż dobrze znanego (a ktoś nie znia?) “Fear Of Napalm” udowodniły, że im starsze mięso tym lepsze he he… Można by było rzec więc, że skoro Terrorizer poleciał przekrojem “World Downfall” to i by się Garcia przydał, ale Rezhawk spełnił się w roli krzykacza bardzo dobrze, dzięki czemu cały, prawie godzinny koncert amerykanów zleciał niczym napalm zrzucany na pola ryżowe. I wszystko było by ok, gdyby nie brzmiało to zbyt… prosto i oklepanie. Siła i moc się zgadzały. Polot tym bardziej, ale nie czuło się tak tego terroru, jak amerykanie powinni siać. Zawiedziony koncertem nie byłem, ale usatysfakcjonowany tym bardziej nie. Jednak co tam terror, do tego co miało dziać się później. Płyny zostały uzupełnione, można było czekać na Venom.

004Zespół, żywa legenda której przedstawiać nikomu nie trzeba (nawet kuc baza go zna) zagrał tego wieczoru wszystko to, co zagrać musiał ale nie zagrał tego, co zagrać miał, choć każdy fan tego oczekiwał he he… Ciary i opętanie przy otwierającym “Black Metal”, histeryczna moc i zdarcie gardła przy “Bloodlust” czy zakopywanie żywcem w “Buried Alive” (które zabrzmiało nadzwyczaj hipnotyzująco) sprawiły, że sam Ojciec Merrin dałby się opętać. Potem poleciały już już same hity z dyanmicznym “Rise!” na czele (nowy album już się nagrywa) i więczącymi set angoli “Welcome to Hell” i “Warhead”. Nie zrekompensowało to jednak braku “podstawowych” utwór jak “Countess Bathory” czy chociażby “In League With Satan” przez co można było odczuć cholerny niedosyt. Z resztą, pal licho niedosyt. Zobaczyć glace Cronosa odbiającą światło księżyca było przeżyciem bezcennym, która zapamięta się do końca żywota mojego lub jego. Bezapelacyjnie, do samego końca: Venom kurwa !

Dzień pierwszy – czwartek

Czy jest tu piekło ? Owszem było i to jakie ! Zbawiennym więc było wzięcie porannego prysznica i spożycia śniadania dietetycznego złożonego z pasztetu i piwa (dobra parunastu piw). Gdy czynności tak potrzebne do dalszej egzystencji już się przeszło, można było zacząć towarzyskie spotkania Wspólne kontemplowanie na tematy wszelkie skutecznie wypełniały kolejne minuty. Nie mniej trzeba było ruszyć swoje sadło i udać się na Onslaught.

019Ten angielski burbon musi dobrze konserwować, skoro muzycy równie żywiołowo reagowali na publikę jak publika na nich he he… W sumie już muzyczni weterani z Bristolu, poczęstowali ludzi naprawdę mocną, energetyczną dawką thrash metalowej mocy. Było i “Killing Peace” było i “Chaos is King” ale i nie zabrakło też “Onslaught (Power from Hell)” co tylko świetnie oddało formę muzyków i uświadomiło zapewne fanów, że mogą się po nich spodziewać jeszcze wiele dobrego. Zarówno po nich, jak i po Obituary.

Tzw, kolejny “must seen” zespół tegorocznej edycji he he… Więc nie było zlituj. I nie ważne, czy urodziłeś się wczoraj czy 20 lat temu musisz wiedzieć, że ten zespół istnieje i możesz być pewny, że za każdym razem kiedy będziesz ich widział, możesz się spodziewać, że rozłupią Ci czaszkę swoim death metalem. Ci w moshu to wiedzieli i przy “Back to One” zachowali się jak należy. Ci co stali dalej również i przy takich kawałkach jak “Chopped in Half” czy “Turned Inside Out” oraz “Inked In Blood” reagowali równie żywiołowo. Bardzo zacny set z mocą i energią. Można było dzięki nim podładować baterie na kolejny akt pod postacią Suffocation.

Co łączy śpioszki i death metal ? Wtajemniczeni szukający piekła będą wiedzieli (Tvn tego nie wie he he). Zaś Ci co byli, wiedzieli co działo się na scenie. Istne piekło heh… Nie ma to tamto, Suffocation wymęczyło mnie totalnie. Zagrali piekielnie mocno i z polotem, nieźle rozluźniając kończyny górne i dolne, a praktycznie każdy kawałek mógłby zastąpić ketonal. I tak, poleciały strzały pod postacią między innymi: “Catatonia”, “Breeding the Spawn” oraz “Dismal Dream” i “Infecting the Crypts”… i gdyby Mullen nie musiałby trzymać w prawej łapie mikrofonu, to by nią machał równie żywiołowo co lewą he he… Mistrzostwo !

025Po amerykanach trzeba było udać się nieco niżej, na południe, bo tam już w ukropie i cholernym, wręcz saunowym klimacie dusiło się  Inquisition. Kolumbijczycy przyzwyzajeni do temperatur nic sobie z tej duchoty nie robili i siali black metalową inkwizycję równie skutecznie, co zamiecie na północnym niebie he he… Pisze o tym nie bez przypadku, albowiem Inquisition miejscami brzmiało niczym Immortal. Nie było to w tym wypadku ujmą ale i zaletą bym powiedział. Takie “Force of the Floating Tomb” czy następujące po nim “Nefarious Dismal Orations” niech będzie ku temu dowodem i to, że zebrali oni całkiem pokaźną publikę. Nie wytrzymałem i końcówkę koncertu przesiedziałem przed namiotem małej sceny. Co skutecznie pozwoliło mi zregenerować siły na tych największych.

Slayer. Gdyby spojrzeć na przekrój ludzi którzy w tym roku przyjechali na BA 99,5% powiedziałoby: Slayer kurwa. I kurwa Slayer był pełną gębą (a gdzie kurwa był Tvn?). Mistrzowie, bogiowie, ojciowie i co tam jeszcze chcecie im przylukrować czy obicągnąć. Zagrali same największe “przeboje” fanów ściśniętych jak sardynki. I tak poleciały pociski pod postaciami “Postmortem”, “Seasons in the Abyss”, “Raining Blood” włącznie z “Hell Awaits” na czele. Śmierć, zniszczenie i orgazmy tysiąca gardeł krzyczących i robiących ścianę pod sceną… Czy można było sobie tego dnia wyobrazić coś bardziej piękniejszego? Może tylko na wpół nagiej, wypiętej brutalową dupką dziewczyny he he…. Na dostawkę poszły dwa szybkie proste, podbródkowe pod postacią “South of Heaven” oraz “Angel of Death”… I tyle pozostało po Slayer. Zagrali naprawdę dobry koncert. Tak jest, mówcie, bluźnicie ile chcecie, ale prawda jest taka, że choć energii Araya ma wiecej niż Ratzinger na speedzie, to jednak jej ulotność czy też wypalenie sprawiło, że był to tylko i wyłącznie dobry koncert. Sorry. W kolejce czekały mnie jeszcze dwa zespoły.

Bardzo byłem ciekawy sztuki twórców “Seen Through The Veils Of Darkness”. Po ubiegłorocznym wypadku pod postacią “Unravel” (serio, ten album do mnie nie przemówił) miałem więc pewne wątpliwości co do występu i formy zespołu, nie mniej rozochocony slejerowska energią udałem sie do namiotu-sauny, gdzie grzecznie czekając na zespół popijałem złocistego enerdżajzera… I po całości stwierdzam: Gehenna odegrała bardzo ciekawy black metalowy akt, nastawiony zdecydowanie na klimat. Z jednej strony wypełniony mocą i energią, z drugiej ciężkością i unosząca się dookoła aurą zła. Obawy więc nie potwierdziły się, a i koncert pod względem albumowym ograniczył się praktycznie tylko do 3 krążków z “WW” (“Flames of the Pit”, “Death to Them All”) i “First Spell” włącznie (było i “The Shivering Voice of the Ghost” !). Poczułem się spełniony i mogłem już, z lekka naspawany, pod eskortą (bo gdzie diabeł nie może, tam babę pod eskortę pośle he he) przemieścić się pod dużą scenę gdzie swój koncert uskuteczniał Khold.

Przyznaję, nigdy twórcami “Krek” się nie interesowałem, więc traktowałem ich występ jako deser po Gehenna. I przyznaje. Jak na zespół black metalowy goście zagrali bardzo dynamicznie, bez jakiś zbędnych ubarwień i udziwnień (tak, zagrali dobrze znany “Nattpyre” czy może mniej “Mesterverk Av Smerte”). Dobre nagłośnienie ale z drugiej strony mała ilość publiki (Slayer zrobił chyba swoje) tylko dodały temu koncertowi luza i ale jednocześnie porządnego kopa. Z kierunkiem do namiotowego wyra, gdzie można było w końcu odpocząć po bądź co bądź intensywnym brutalowym dniu chlania, darcia ryja i szukania piekła (i Tvn-u).

Dzień drugi – piątek

Tego dnia było cholernie trudno się podnieść, a przecież festiwal zaczął nabierać tempa. Chcąc nie chcąc wymordowany nie tylko alkoholem poprzedniego dnia, trzeba było naładować baterie na kolejne zespoły. Dietetyczne żarcie pod postacią piwa i wina, które miały niezwykłą moc lecznicza i chłodzącą sprawiły, że można było iść z uśmiechem na Unleashed.

067Kolejni weterani, ale za to jacy! Szwedzi przygrzmocili mocną dawką death metalu. Zagrali dynamicznie, z polotem i na pełnym luzie, dzięki czemu kolejne utwory leciały niczym Malaysia Airlines do celu he he… Świetnie zabrzmiały “Blood of Lies”, “The Longships are Coming” oraz “Fimbulwinter” i “Death Metal Victory”. Zacny zespół, zacny, po którym nastąpiła dłuższa przerwa na spożycie alku (dzięki czemu skutecznie pozbawiłem się możliwości ujrzenia Six Feet Under). Uwalony siłą lanego piwa i czystej polskiej przepełzałem pod scenę, gdzie The Devin Townsend Project dawał już swoje show. I nie kryjąc. To jedna z najlepszych rzeczy jakie widziałem i przytrafiły mi się w tym roku na BA (w kategorii “lekkiej” jeżeli chodzi o gatunkowość rzecz jasna). Na ten koncert szedłem w przeświadczeniu, że będzie to rzecz wyjątkowa tego wieczoru. I – po raz kolejny – muzycznie zostałem zaspokojony he he. Takie kawałki jak “Kingdom” czy “Juular” (uzupełniony – jak cały z resztą koncert – odpowiednią wizualizacją na ekranowym BrutalTv) chwyciły tego wieczoru niebywale za moje pijackie serce. Moc, energia, humor (“Supercrush!” coś przezajebistego he he), charyzma Townsend‘a wprawiły mnie w niebywały, wesoły nieco nostalgiczny pijacki stan he he… W zestawie znalazły się również “Numbered”, “Seventh Wave” czy “Grace!” Zarówno na tegorocznym Wacken jak i Brutal Assault Kanadyjczyk dał świetne sztuki i jestem niemal pewien, że jeśli zagości do Polski bez skinienia na jego koncert się wybiorę. Idealna rekompensata za Obscure Sphinx, które po prostu przespałem he he oraz Blindead (strata mała, ale w wypadku obu zespołów koncerty klubowe bardziej się moim zdaniem sprawdzają).

078Wymielony i zrobiony chmielem oraz “Królestwem” Townsend‘a udałem się na holendrów z Enthroned. I choć droga była wyboista, z przystankiem na “tojca” i browcem w łapie, który zdawał się być cięży niż ołów wbiłem się w końcu do “cyrkusonamiotu”. Ścisk, pisk i dziewice. Więc Enthroned mogło zacząć grać. Nie rozumiem tylko czemu organizator postanowił przemieścić scenę dalej i pod tą “gumową” kopułę (dobra, rozumiem, akustycznie było całkiem ok), ale temperatura i duszności idealnie pasowały do definicji piekła. Skoro duszno i porno, to Enthroned chcąc nie chcąc musiał się przystosować i zagrać jak na gospodarzy piekła przystało. Tak też było: mocno, gęsto, ale i zarazem smoliście. Poczucie czasu gdzieś zanikło a kolejne rify rozpływały się niczym nasienie zła. Holendrzy zagrali dobrze, ale co tutaj ukrywać. Polska część publiki czekała zapewne na krajanów z Mgły.

Marcowa sztuka z Mare i Svartidauði w Krakowie tylko podsyciła głód black metalowego misterium. I ku uciesze (bądź nie) publiki zagrali to, co zagrać mieli: “Further Down the Nest I”, “Mdłości I & II” a także większość “With Heart toward None” z aktem “VII” wieńczącym cały koncert. Fani również nie zawiedli i dali temu przykład robiąc młynek pod sceną (brawa dla tego, co obił buźkę hipsteriadowego typa w koszulce Mayhem…), Zastanawia mnie tylko sens występu Mgły na takim festiwalu. Rozumiem strice blackowe zjazdy, ale ogólnogatunkowe zloty? Nie wiem. Ostatni koncert tego wieczoru i można było ładować (czyt. wlewać alkohol) akumulatory na następny dzień, zwłaszcza że jako pierwszy w rozpisce “do zobaczenia” był fiński napalm.

Dzień trzeci – sobota

084Nawet pierdolone słońce i żar nie pokonały mnie przed obejrzeniem finów z Impaled Nazarene. I choć z ryja lały się litry potu a udar był tuż tuż, to Impaled Nazarene zagrało bardzo dobry, rzekłbym żywiołowy koncert. A skoro Imapled Nazarene, to nie mogło więc zabraknąć “Sadhu Satana” z “Ugra Karma”, “1999: Karmakeddon Warriors” z “Latex Cult” czy chociażby “Total War – Winter War” z klasycznego już albumu finów “Suomi Finland Perkele”… I choć Luttinen jest już po 40, to charyzmą i sceniczną prezencją niszczy nie jednego weterana. Skoro mowa i o nich, to nie mozna było wręcz przegapić Niemców z Sodom.

Nie wiem jak oni to robią, ale najwidoczniej medycyna rodem z NRD robi swoje. Thrashowe pociski lały się ze sceny jeden po drugim. Chuj tam, że Tom Angelripper złoty wiek ma już za sobą (albo w niego wkroczył jak to woli), ale takie utwory jak “Surfin’ Bird” (The Thrasmen) czy “Stigmatized” odegrał z pełną wściekłością. Pot oblewał plecy, a piwsko zdawało się nie pomagać w chłodzeniu tego piekła. Nie obyło się rzecz jasna bez szybkich pocisków pod postacią “Sodomy and Lust” oraz “Blasphemer” (wolałbym, by ów kawałek jednak zagrał Witchmaster  he he) !!! Czuć było zgrzyt pękających kości. Koncert zdecydowanie na tak, choć starsi wyjadacze stwierdzili by, że to najsłabsza sztuką, jaką Niemcy dali od dawien dawna. To nie był koniec wrażeń, to był dopiero początek. Więc w ekspresowym tempie:

105W końcu przyszedł czas na legendę sceny czeskiej, czyli Krabathor. Twórcy całkiem niezłego “Cool Mortification” zasiali mocny, death / thrash metalowy huragan. Czeska publika bawiła się w najlepsze, ja zaś zżerałem kolejne kawałki pizzy z salmi. Ot, taki wyznacznik tego jak Krabathor grał na tegorocznym BA. Nie mówię nie temu zespołowi. Wręcz przeciwnie, prosty momentami deathowy rozpierdol zasiany takimi kawałkami jak “Pacifistic Death” z debiutanckiego “Only Our Death Is Welcome…” czy chociażby “In The Blazing River” i “Faces Under The Ice” ze wspomnianego “Cool…” bujały moimi trzewiamy bardzo dobrze, ale Czesi nie pokazali po prostu nic specjalnego. Za to koleś, który grał po nich już tak, bo Down to Phil Anselmo. Bez apelacyjnie ! I choć ze wszystkich zespołów, które widziałem do tej pory zagrali muzykę wybitnie masywną, ciężką i trudną miejscami w odbiorze dla niektórych widzów. Pierdolić to! ” Witchtripper”, “Pillars of Eternity”, “Conjure” czy też już klasyg pod postacią “Stone the Crow” żmiażdzyły wszystkich. Tak samo jak i butelka, która Phil dzielnie męczył (albo ona jego he he). Z resztą Anselmo to człowiek charakterny, który swym sposobem obycia scenicznego miejscami przywołuje mi samego J.Ch. Allina (cóż za wzorzec i porównanie he he). Końcówka koncertu zmiążdzyła, zwłaszcza że operator video zrobił świetny najazd na Anselmo, który niczym zawodowa tancerka falował swoim brzuchem do kamery. Koncert bardzo energetyczny, mijejscami wręcz hipnotyzujący swoją masywnością w końcu zaczął się przedłużać. I tak dzięki temu mogliśmy ujrzeć Frosta grającego w Down na bębnach i Satyra na elektryku. Skoro oni pojawili się u Phila, to wiadomo było, że lada moment rozpocznie się koncert Satyricon.

113Tutaj obaw co do setlisty nie miałem. Wiedziałem dobrze czego się spodziewać (czli tak naprawdę: niczego). Poszły więc “oczekiwane” przeze mnie “Now, Diabolical”, “Black Crow on a Tombstone” czy chociażby mój ulubiony “Forhekset”. Nie zabrakło też “The Pentagram Burns”, niezwykle dynamicznego “Fuel for Hatred” i oczywiście “Mother North” i kończącego cały koncert “K.I.N.G”… Poczucie spójności psuły jednak utwory z najnowszego “dzieła” Norwegów. Miejscami po prostu nie chciało sie tej komedii oglądać (i zacząłem wręcz żałować, ze nie udałem się na Jesu, które w tym samym momencie grało na małej scenie) he he… No ale cóż. Manier i zachciewajek Satyra znosić nie trzeba, on po prostu jest. Kompozytorem świetnym, tym bardziej muzykiem. Miejscami charakterem świnią, ale co kogo to obchodzi ? Dobrze, że Anlesmo pojawił się niespodziewanie na scenie, co by trochę publikę wybudzić he he… Nie zrażony, chociaż z mieszanymi uczuciami przemieściłem się na przedostatni koncert tegorocznego BA który zobaczyć musiałem. I o ile Satyricon nie jest już black metalem w pełni tego słowa znaczeniu (o ile jeszcze blackiem i w ogóle metalem w jakikolwiek sposób jest), tak Aosoth dał najlepszy black metalowy set tegorocznego Brutal Assault. Bezapelacyjnie, bez pierdolenia. Poezja grozy, nihilizmu i mistycyzmu. Okultowa moc. Egzystencjalna i filozoficzna podróż w głąb ciemnej strony człowieka. Mimo początkowych trudności francuzów w ogarnięciu brzmienia i problemów w komunikacji techniczny – zespół, koncert okazał się perełką, esencją tego czym black metal być powinien, a powoli być przestaje. Utwory z wydanego 3 lata temu “III – Violence & Variations” zabrzmiały niezwykle demonicznie, miejscami wręcz duszno ale i piekielnie szybko zaś “Ritual marks of penitence” to już czysta, okultystyczna msza na której każda z dusz została pochwycona przez moce ciemności. Niesamowite przeżycie !!! Odpowiednia motoryka, brzmienie gitar i wokale. I ciągle zadawane pytanie: “Czy jest tu kurwa piekło ?” W końcu znalazło odpowiedź: Było ! Na Aosoth !

135Droga z małej sceny okazała się niezwykle trudna. Późna pora, brak sił po niezwykle intensywnym dniu sprawił, ze Hail Of Bullets dosłownie przeszedłem z lekkim odpoczynkiem na bezalkoholowe. Gdzieś tam w tle rozbrzmiewały “On Coral Shores” czy też “Tokyo Napalm Holocaust” ale nie wywarło to na mnie największego wrażenia. Gdzieś doszły mnie słuchy, że koncert odbywał się bez udziału jednego z gitarzystów, gdyż ten po prostu niedomagał (choroba) i na sprzęcie muzyków Krabathor (gdyż ich własny gdzieś się zagubił) , za co cały zespół co kawałek praktycznie przepraszał he he… Oczywiście nie zabrakło dla polskich fanów “Warsaw Rising”, co było chyba jednym akcentem tego koncertu, który nie przeszedł przeze mnie bez zauważenia.

I tak też tegoroczny Brutalny Assault dobiegł dla mnie końca. Cholernie żal ściska, że przespałem (arbeit mach frei jak to się mówi, dzięki temu zmęczenie wzięło górę) Obscure Sphinx, które zagrało (choć grać nie miało w ogóle na tej edycji) o bandyckiej dla mnie godzinie 13. Nie sposób mi było też ujrzeć Manes (choć dali dwie sztuki na tej edycji!) czy też Repulsion (alkoholizm przewyższył), czy też norweskiego Shining (podobno bardzo zacny koncert), wspomnianego już rodzimego Blindead czy też My Dying Bride albo Manegram. Nie mniej zestaw tegorocznej edycji okazał się zadowalający i pozostaje pytanie, czym XX edycja przebije tegoroczną. Większość fanów obstawiała Emperor w tym roku, więc może w przyszłym się uda ? Byłbym rad… i nie obraziłbym się, gdyby Lemmy zjawił się w Czechach (o ile organizatorzy i sam Lemmy, będą w stanie coś zdziałać). Towarzysko: było to mistrzostwo świata!!! “Gdzie jest pierdolony tvn ja się pytam ?” oraz  “Czy jest tu kurwa piekło ?” wejdą chyba już do kanonu pytań ważnych jak to najtrudniejsze: “walisz konia Empty?” he he… Do następnego!

Wszystkei foty wykonał jedyny i niezawodny – facebook.com/infernalimpressions

avatar
Mistrz klawiatury i kodu Hyper Text Markup Language w wersji 5... Chleje, nie pali... Black metalu słucha od komunii a dodatkowo sądzi, że zna się na muzyce... Publikuje i tu i na chaosvault.com
PODZIEL SIĘ